Pierwszy miesiąc diety i treningów za mną

Pierwszy miesiąc diety i treningów za mną. Wypadałoby zatem podsumować kilka spraw. Postaram się opisać Wam kilka rzeczy, które mnie spotkały, czego się bałam, czy jest trudno i jak radzić sobie z kryzysami jeśli przyjdą…
Pierwsze dni.
Zanim dorosłam do decyzji, aby wziąć się za siebie musiało minąć trochę czasu. Całe szczęście na mojej drodze stanęli świetni ludzie, którzy pomogli mi postawić pierwsze kroki w kierunku zdrowszego życia. Ponad miesiąc temu zostałam zważona i przeanalizowana przez Agnieszkę z Fit Dietetyk Olsztyn. Dowiedziałam się ile tłuszczu siedzi w moim ciele, jak bardzo brakuje mi wody, jak bardzo mam spowolniony metabolizm, ile mam nadwagi oraz że jestem metabolicznie starsza od samej siebie o… 15 lat…
Nie da się ukryć, że dane były nieco dołujące. Jednak nie jestem jeszcze na takim chorobliwym etapie na którym ciężko byłoby coś z tym zrobić. Uffff…
Po bardzo długim wywiadzie na temat mojego trybu życia, odżywiania, zdrowia, preferencji smakowych – kilka dni później dostałam pięknie oprawioną dietę. Dietę dostosowaną do moich osobistych potrzeb, składającą się wielu ciekawych informacji dodatkowych. Nawet jeśli nie jesteście wytrawnymi kucharzami, bez problemu poradzilibyście sobie z bardzo przystępnym przepisami.
Podbudowana psychicznie i mocno zmotywowana przez Agnieszkę zaczęłam działać! Na początek spore i dosyć kosztowne zakupy – nie ukrywam – musiałam wymienić zawartość lodówki. Na stałe zamieszkał z nami twaróg, ryby i mnóstwo świeżych warzyw. Niestety pożegnałam się czule z moim ulubionym żółtym serem… Biała buła też poszła w odstawkę – choć już wcześniej ochładzałam nasze stosunki i zaczynałam trzymać ją na dystans.
Pierwsze zakupy były dosyć kosztowne, jednak z każdą późniejszą wizytą w sklepie mam wrażenie, że jednak dużo mniej pieniędzy tam zostawiam. Kupuję wszak jedynie potrzebne mi składniki.
Czego bałam się najbardziej?
Och jaka ja byłam głupia! Wiecie o czym myślałam przechodząc na dietę?! O tym, że porcje będą tak małe, że wiecznie będę głodna, a jak będę głodna to będę wściekła. A jak będę wściekła, to będę się ze wszystkimi kłóciła. Jak będę się ze wszystkimi kłóciła to stracę wszystkich przyjaciół i znajomych, zostanę sama i rzucę dietę. Ponadto mój mózg pomyślał sobie: dieta = obrzydliwe bezsmakowe papki. Oczyma wyobraźni już widziałam jak zamykam bloga, bo nie mam się czym z Wami dzielić. Wiem, wiem…jestem nienormalna. No i wiecie co się stało…
Porcje w mojej diecie są tak duże, że początkowo miałam problem ze zjadaniem ich w całości! Normalnie kosmos! W związku z tym nie ma możliwości żeby podjadać pomiędzy posiłkami. No nie da się! Okazało się, że moim problem jest to, że jem za mało w bardzo nieregularnych odstępach czasowych, pomijałam śniadania (najważniejszy posiłek dnia!) Do tego brak ruchu…czyli idealne warunki do hodowania tłuszczu tu i ówdzie.
Nie napisałam jeszcze nic o treningach. Ich też trochę się bałam. Wojtek z Fit Body Wojciech Brzostowski jednak zadbał o dobrą atmosferę i dostosowanie ćwiczeń do mojej formy. Podstawa to regularność – no i dlatego co drugi dzień stawiam się na siłowni. Co tam robię? A no robię wszystko. Od ćwiczeń bardzo dobrze znanych ze szkolnego W-F, poprzez siłowe i aerobowe. I wiele wiele innych. Już Wojtek dba o to, aby nie było nudno. Uwierzcie mi – nie ma przyjemniejszego treningu niż taki po którym koszulkę można wyżymać. Co prawda mega zakwasów na początku nie unikniecie, ale potem to już sama przyjemność.
Jak dieta wygląda w praktyce?
Dostałam spis dań na każdy dzień. Dieta jest bardzo urozmaicona i pełna najróżniejszych składników. Mam 5 posiłków dziennie: śniadanie, II śniadanie, przekąska, obiad i kolacja. Początkowo próbowałam sztywno trzymać się tego co mam napisane na kartkach – wytrzymałam tak dwa dni…. po czym dopadł mnie kryzys. Okazało się nagle, że mam pełną lodówkę jedzenia, którego nie mam jak wykorzystać, bo nie występuje w przepisach na najbliższe dni. Poza tym siedzę całymi wieczorami w kuchni i ciągle gotuję i planuję… Jako, że jestem dietowym świeżakiem zupełnie nie wiedziałam co robić. Szybka konsultacja z Agnieszką, która dała mi jedną złotą radę – wyluzować! No i faktycznie – wyluzowałam i zaczęłam kombinować z potrawami. Zamieniać dni, potrawy ale trzymać się wyznaczonej kaloryczności. Okazało się, że to bardzo proste. Trudno było jedynie przez pierwszy tydzień, który minął błyskawicznie. Po miesiącu jestem w stanie na oko wsypać do garnka 50g makaronu i waga coraz częściej pozostaje niewłączona. Również zaczęłam kombinować ze swoimi własnymi przepisami. Bo co to za problem zamienić śmietanę na jogurt, makaron biały na razowy, jeść więcej warzyw, oliwy, ryb… i zrezygnować z kilku rzeczy. To nie jest problem!
A co jeśli się złamię i zjem coś niezdrowego?
No właśnie co się stanie? Zupełnie nic! Weekendy traktuję jako te dni, w których można „zaszaleć”. Oczywiście bez przesady – nie rzucam się na litr lodów, pizze 60 cm i pół kilo czekolady. Ale na dwie gałki lodów, małą pizze, kawałek ciasta owszem. Może nie wszystko razem, ale w danym weekendzie jedna z tych rzeczy skutecznie oczyszcza umysł. To też nagroda. Bo właśnie system nagród jest bardzo ważny żeby nie zwariować. Przecież wiadomo, że nie będę tych lodów jeść codziennie i pizzy zamawiać/piec też nie będę każdego dnia. Od czasu do czasu po prostu człowiek ma ochotę na coś mniej zdrowego. Grunt to nie mieć wyrzutów sumienie. Przecież pizze można zrobić z ciemnej mąki, zjeść bez sosu, zmniejszyć ilość sera, dać dużo warzyw… Brzmi nieźle, prawda? Pizza wcale nie straci na swoim smaku!
Wsparcie
Wsparcie jest bardzo ważne. No nie oszukujmy się – jeśli pół chałupy wcina jakieś „niezdrowości” to trudno Wam będzie nie skusić się na coś… Ale jeśli domownikom będzie zależało na Waszym sukcesie, to jesteście uratowani. Ja mam to szczęście, że mój chudy konkubent w ramach solidarności je to samo co ja. A gdy nie patrzę, dojada sobie ;) I jemu i mi ten układ pasuje. Mało tego – mamy dyżury – przez co nie muszę codziennie planować posiłków. Robię to co drugi dzień. Ponadto wsparcie specjalisty – to bardzo ważne, aby móc z każdą nawet banalną pierdołą odezwać się do swojego dietetyka. Do Agnieszki mogę odezwać się prawie o każdej porze dnia i nocy. Dziękuję! Mega wsparcie to również trener Wojtek, który dostosowuje ćwiczenia do mojego nastroju i dyspozycji. Dba o to, aby nie było nudno.
Podsumowanie
Z perspektywy miesiąca i braku kilku pierwszych kilogramów stwierdzam, że byłam głupia, że wcześniej nie wzięłam się za siebie. Z drugiej jednak strony wiem, że sama bym sobie nie poradziła z tym wyzwaniem. Osoby które uczestniczą w mojej przemianie są mi niezbędne! I bardzo dziękuje wszystkim za to, że są.
Okazało się, że dieta jest pyszna, przyjemna, urozmaicona i niedroga! Codzienne wsparcie ze strony Agnieszki dietetyczki sprawia, że to sama przyjemność. Treningi to również źródło wielu endorfin. Ciągle jeszcze uczę się i momentami przymuszam do regularnych posiłków, ale idzie mi coraz lepiej. To samo z regularnym piciem wody, która jest również niezwykle ważna.Aby pamiętać o wodzie zainstalowałam sobie w telefonie aplikację, która co godzinę przypomina mi o piciu oraz zlicza to co już wypiłam.
Pierwsze „luzy” w bluzkach i spodniach są dodatkową motywacją, która sprawia, że chce się iść dalej i dalej. Ja z pewnością będę!
W cztery tygodnie straciłam 4,6 kg! Tego samego też życzę Gosi z Mlecznej Krowy, która wraz ze mną przyjęła wyzwanie. Trzymam za Ciebie kciuki kobieto!
Na kolejne sprawozdanie zapraszam za miesiąc!

Karola ogromne gratulacje :D 4,6kg to sporo tym bardziej, że pewnie i sporo mięśnia złapałaś-a one dużo cięższe niż tłuszczyk :D Dzięki tobie i ja dziś wskoczyłam na rower i poćwiczyłam sobie :) W końcu trzeba zacząć coś robić,a nie tylko myśleć i czekać…odkładać. Brawo-ogromne gratulacje :) no i czekam na kolejne sukcesy :D p.s.oby z cycków nie spadało :D